Paranoja.Jednym słowem.
Jestem ostoją spokoju i cierpliwości
choć często aż się we mnie coś gotuje.
Ja jednak wolę przymknąć japę,
zrobić dobrą minę do złej gry
i mieć święty spokój.
Wolę to, niż kłótnie, waśni i spory.
Niż wypominanie sobie i wyciąganie spraw
przeszłych i zaprzeszłych.
Chcę żyć tu i teraz.
Być na miejscu i czerpać z tego co dzieje się właśnie w tej chwili,
a nie rozpamiętywać stare sprawy.
Oczywistą rzeczą jest, że niektórych rzeczy
po prostu NIE DA się zapomnieć.
Ale czy te rzeczy muszą się stawać argumentami
przy każdej kolejnej kłótni?
Jedna sprawa ciągnie za sobą drugą i tak w kółko.
Ironia.Złośliwości.Egoizm.
To ostatnie dlatego, bo kiedy się kłócimy,
z naszej dwójki to ja jestem ta zła.
Ja kuszę, uwodzę, podrywam, zaczepiam.
On jest święty, bo "nie On pierwszy pisze".
Zaciskam zęby jak mogę żeby nie palnąć czegoś głupiego.
Impulsywność i nerwowość omijam szerokim łukiem,
On natomiast...nie.
Gdyby nie mój upór dawno już byłoby "po ptokach".
Staram się, wypruwam sobie żyły,
ale i tak to ja jestem ta najgorsza spośród złych.
Być może się użalam,
bo pewnie co druga kobieta nie potrafi przegadać swojego faceta,
ale mi już po prostu czasem brakuje sił.
Co z tego...skoro potem odzywa się skrucha
choć często przecież to nie moja wina.
Z naszej dwójki to przecież tylko ja popełniam błędy w skali światowej.
Jego kłamstwa o podobnym kalibrze wcale się nie liczą.
Bo to koleżanka, a to znajoma ze szkoły...
I co ja na to?
Zagryzam wargi i przykrywam wszystko śmiechem,
a potem biję się z myślami.
Mam mieszane uczucia i zawsze mówię sobie
"Ostatni raz kiedy odpuszczam".
Co z tego wynika - wszyscy wiemy.
Nie umiem tak po prostu odwrócić się na pięcie i odejść...
Chyba za bardzo mi zależy,
ale kiedyś powiem sobie dość...
Uwielbiam monologi.